Bôłt, czyli kaszubski street food

Jest początek czerwca, odwiedzamy Bôłt – Kaszubski Street Food – punkt gastronomiczny w gdańskiej Galerii Metropolia, w sekcji Food Hall. Nasze spotkanie zaczynamy z przemiłą Izą, która tłumaczy nam menu. Znajdziemy w nim m.in. szproty w tempurze, ruchanki na słodko, domowy pasztet czy hamburgery z szarpaną wołowiną. Dzięki pomocy Izy ostatecznie decydujemy się na hamburgery z dorszem (pycha!), pasztet, wegańską ziemniaczaną kiszkę z konfiturą z rokitnika (obłęd!), śledzia w śmietanie oraz piklowane warzywa. Jeśli odwiedzicie Bôłt, i będziecie mieli jakiekolwiek pytania odnośnie serwowanych przez nich pyszności, śmiało pytajcie obsługę – są po prostu przefantastyczni i świetnie się z nimi rozmawia.

Naszą uwagę przykuwa nieszablonowy wystrój punktu. Za witryną znajdziemy tuzin półeczek, na każdej z nich kaszubskie napisy (m.in. Boże przeżegnôj), suszone kwiaty, butelki z bursztynami. Później dowiemy się od Piotra (założyciela), że najczęściej to zbiory przyniesione ze wspólnych spacerów z rodziną. Nas to kompletnie urzekło. Zamawiamy napoje w barze, i wybieramy miejsce z widokiem na Bôlt.

Wyjątkowe elementy wystroju Bôłta

Nasze jedzenie jest gotowe i wygląda naprawdę zjawiskowo. Pięknie pachnie, a na talerzach wiruje pełno kolorów. Jeśli lubicie jedzenie, które oprócz niesamowitych walorów smakowych, także cieszy oko – wpadajcie do Bôlt. Foodstagramerzy – gwarantujemy, że nie będziecie zawiedzeni! Poznajemy Piotra Ślusarza – pomysłodawcę i założyciela. Podobnie jak Iza, jest uśmiechnięty, i bije od niego pewnego rodzaju kojący spokój. Już wiemy, że to będzie fajna rozmowa!

Ekipa Bôłta – Piotr Ślusarz i Iza

Projekt Kaszëbë: Jesteśmy w Twoim kaszubskim street foodzie. Skąd w ogóle pomysł na prowadzenie takiego biznesu gastronomicznego?

Piotr Ślusarz: Z wykształcenia jestem gastronomikiem, skończyłem też wyższą szkołę kulinarną. Całe moje życie krąży wokół tej branży. Oprócz tego, że prowadzę Bôłt, pracuję w hotelu jako dyrektor gastronomii. Pomagam innym w procesach tworzenia restauracji poprzez consulting. Cały czas wokół tego buduję swoją markę. W zeszłym roku, kiedy właściciele food hallu w Gdańsku szukali najemców, zgłosili się do mnie z pytaniem, czy nie chciałbym otworzyć tutaj swojego punktu. Długo zastanawiałem się, co mógłbym zrobić, aby skupić się na lokalności i jednocześnie wkupić się w klimat miejsca, jakim jest Food Hall w Galerii Metropolia. Nie chciałem, aby było to coś typu burgery, czy pizza, tylko aby było stricte lokalnie oraz sezonowo. Przez całe swoje zawodowe życie, pracowałem w restauracjach bardzo wysokiej rangi, gdzie ta lokalność, sezonowość i świeżość dań, była zawsze na pierwszym miejscu. Zastanawiałem się, jak to zrobić, aby połączyć to wszystko w takim małym boxie w Food Hallu. To była dla mnie bardzo ważna idea, która przyświecała mi od samego początku. Najpierw był pomysł na Bôłt Pop-Up (Restauracja Pop-Up – restauracja otwierana na kilka dni, tygodni, czy miesięcy, z oryginalnym menu; przyp. autora) – wpadam tutaj na 3-4 dni w tygodniu, robimy coś mega fajnego z ryb, które są z Bałtyku przede wszystkim. Miało to nazywać się Chef’s Table, i miało polegać na tym, że raz w tygodniu, serwuję gościom, powiedzmy, 4-5 dań degustacyjnych. Potem to wszystko przearanżowało się na box. Przewertowałam sobie wiele menu – i kaszubskich i lokalnych – i wiedziałem, że chcę te ryby, ta sezonowość i lokalność, połączyć jakoś w jedną całość.

Czyli to od początku miało być coś kaszubskiego? 

Na początku mi to w ogóle wyszło, że to miało być lokalne, miało być świeże oraz miało być mocno rybne.

To skąd w takim razie kaszubski street food? Czy Ty jesteś Kaszubem? 

Nie, ja nie jestem Kaszubem, i się do tego otwarcie przyznaję. Wychowałem się w innym miejscu, ale to co mnie skłania, do tego, że robię kaszubską kuchnię to to, że jestem zafascynowany tutejsza kuchnią. Zwiedziłem prawie cały świat, pracowałem w najlepszych restauracjach w Europie. Kaszuby, ten region, te produkty, ta lokalność, ta cała historia, którą posiadają, i to wszystko co się dzieje na Kaszubach, jest niesamowite. To nie jest gorsza kuchnia niż żadna inna światowa, więc czemu miałbym tego nie zrobić w formie street foodu właśnie? I właśnie później wyszło, że skoro mamy robić te ryby, mamy robić świeżo, i bazować na lokalnych produktach, no to przecież jesteśmy na Kaszubach. To samo przez siebie mówi. Jesteśmy kaszubską knajpą, bo staramy się robić to jedzenie które jest stąd, które jest tutejsze. Tylko, że to jedzenie chcemy przenieść na takich ludzi jak wy.

„Mała micha” – pasztet, ziemniak ze śledziem w śmietanie i piklowane warzywa

Czyli coś nowoczesnego? Nie stara kaszubska restauracja, tylko inne, świeże wydanie.

Dokładnie tak, a czegoś takiego praktycznie nie ma. Odwiedzają nas głównie ludzie młodzi. Oczywiście zdarzają się też starsi klienci, czy tacy, którzy są bardzo mocno “jedzeniowo” konserwatywni – na przykład, jeśli zamawiają rybę, to tylko z frytkami i surówką. Zresztą nawet mamy taką pozycję w karcie. Jak jedzie się do knajpy nad jeziorem czy Bałtykiem, to zawsze serwują rybę z frytkami, a my to chcieliśmy odtworzyć, ale zrobić to po swojemu, bo lubimy wyzwania. Nie zawsze chodzi o to, żeby “brać nowe”. Czasami warto brać to, co dobre i rozpoznawalne, i przeinaczać po swojemu. No i tak to się zaczynało wszystko.

Nazwa lokalu pochodzi od Morza Bałtyckiego, chciałeś nawiązać do ryb, masz olbrzymie doświadczenie w gastronomii, i oto mamy tutaj Twój kaszubski street food. Niektórzy wiedza, co to Kaszuby, niektórzy nie. Z jakim to się spotyka odbiorem klientów? Jak oni reagują, gdy widzą ruchanki, szproty w cieście czy burgera z dorszem?

Jest pewne zdziwienie, zaskoczenie, jest śmiech.  Ludzie są zszokowani, że coś takiego może być, że jest, że słyszeli o Kaszubach i kaszubskiej kuchni, ale tak naprawdę nigdy nie próbowali, bo sądzili, że coś takiego można sprzedawać tylko w restauracji o nadmorskim klimacie, a nie takim Food Hallu w Gdańsku. Nasza grupa odbiorców to osoby średnio od 26 do 60+ roku życia. Ten pierwszy przedział, do około 35/40 roku życia, to ludzie, którzy są zafascynowani tym konceptem, są zdziwieni, są tacy “utęsknieni” za tym jedzeniem. Mówią: “że to fajnie, że kiedyś to jadłem; takie wspomnienie, że gdzieś tam kiedyś z wakacji z rodziną, że super, to ja zjem i spróbuję, wezmę sobie jakiegoś tam dorsza – o, fajnie! Dorsz w bułce – ciekawe połączenie!”. Ta starsza grupa odbiorców już bardziej konserwatywnie podchodzi do tematu. Musi być “bardziej po kaszubsku”. My zadziałaliśmy w ten sposób, że nasze porcje muszą być duże, to ma być kolorowe, musi być “do gościa”. Musi być ogórek kiszony, małosolny. To są ludzie, którzy najbardziej lubią coś takiego, co dotrze do nich, że to nie jest jałowa zupka w małej miseczce, ale konkret. Musi być chleb – nasz, wypiekany; musi być ogórek nasz małosolny; musi być grzybek; musi być jajko. Wiesz – musi wyglądać jak ramen, powiedzmy, i jak klienci widzą to, to wtedy już nie mają pytań i są zadowoleni.

Czyli macie powracających klientów?

Mamy bardzo dużo stałych klientów, powiem szczerze. Ostatnio bardzo nasze słoiki z przetworami zaczęły się robić modne, mimo, że nie wypróbowaliśmy ich tak jakoś bardzo mocno. Zrobiliśmy chyba kilkadziesiąt sztuk każdego rodzaju – i powiem szczerze, że zostało tylko kilka. Nie wiem, czy tutaj pandemia nie zadziałała trochę na nasza korzyść, ale widać, że jest bardzo duże zainteresowanie i że ludzie chcą, i potrzebują tego – mówię o naszych klientach. Bo nasze menu nie jest długie. Jak ktoś przyjdzie tutaj raz, drugi, trzeci i czwarty, to menu się kończy, dlatego cały czas musimy i chcemy ewoluować z tym. Ale odpowiadając na pytanie: klientów mamy sporo, i często wracają. Jak ktoś już raz spróbuje, jest zaskoczony miło i pozytywnie, wraca, przybija piątkę. Też zrobiliśmy metalowe talerze do zwrotu, to też jest zabieg pewien marketingowy – bo klienci wiedzą, że muszą nam ten talerz oddać. My wtedy możemy zapytać, jak smakowało, jakie wrażenia.

Dokładnie, świetny pomysł na utrzymanie relacji ze swoimi gośćmi!

Tak. Jak widzicie mamy tu (w Food Hallu) wszędzie jednorazówki. Ludzie zamawiają jedzenie, wyrzucają naczynia do śmieci, i idą dalej, zapominają. A kiedy nawiązujesz już ten kontakt to już jest całkiem co innego.

Czyli takie trochę dwie pieczenie na jednym ogniu – dbacie o środowisko, nie generuje dodatkowych śmieci, a jeszcze możecie poznać lepiej Waszych klientów. Świetnie. Wspomniałeś, że nie pochodzisz z Kaszub, ale miłość do tutejszej kuchni była inspiracją do stworzenia Bolt. Skąd jesteś w takim razie, Piotr?

Kaszubskie korzenie mam trochę ze strony dziadka. Mój tata miał trochę “czarne podniebienie” (śmiech). Mój dziadek i tata już nie żyją, więc niestety nie miałem skąd do końca zaczerpnąć tego drzewa genealogicznego i dowiedzieć się więcej. Ja urodziłem się w Świnoujściu. Moi rodzice mieszkali pod Słupskiem, i przeprowadzili się do Świnoujścia. Mieszkałem na początku w Świnoujściu, potem w Szczecinie, i potem całe życie wiedziałem –  Łódź, Warszawa, Londyn i inne miasta, aż w końcu osiadłem w Gdańsku. Moja pierwsza przeprowadzka ze Świnoujścia, “taka na stałe”, także była do Gdańska. Mieszkałem tutaj 3 lata, zakochałem się w tym miejscu, i w całym Trójmieście. W żadnym innym mieście nigdy nie czułem się tak dobrze. Nieważne, że ktoś mówi, że “Warszawa jest super”, albo że “Kraków jest piękny”. Trójmiasto, przynajmniej dla mnie, jest najlepszym miejscem do życia.

Czyli nazwa Bôłt nie jest przypadkowa, bo cały czas byłeś bardzo blisko Bałtyku! 

Tak, ja mieszkałem niecałe pół kilometra od morza. Całe życie byłem związany z morzem. Kiedy ojciec miał czas dla mnie, zabierał mnie na plażę; jak organizowaliśmy jakieś ognisko, to zawsze jechaliśmy na dziką plażę; jak “za gówniarza” było lato, to na plażę (śmiech). Zawsze byłem blisko Bałtyku. Nawet moją pierwszą dziewczynę poznałem nad morzem.

Stawiacie na lokalne produkty, na ich świeżość. Robicie tradycyjna kuchnie w nowoczesnym wydaniu, czy stawiacie też na sezonowość? Menu zmienia się z porami roku?

Zdecydowanie tak. Warzywa kupujemy na targu. One są o wiele lepsze, o wiele smaczniejsze, niż te, które są kupowane w hurtowniach. Kupujemy to, co jest aktualnie na targu, robimy z tego przetwory, kiszonki. Dodajemy to jako dodatki do dań. Chcemy zwrócić uwagę na to, że do takiej typowej bułki – burgera, pasują nie tylko frytki, ale także np. ogórki – piklowane, czy kiszone. One też świetnie współgrają z kiszką wegańską. My też łączymy warzywa, one nie sa takie do końca zwykłe, bo są i w occie, i łączymy je z sosem z fermentowanej soi, dodajemy troszeczkę pasty gochugaru, chilli, kolendry, i robimy taki twist.

Pomuchel – buła z dorszem i kaszubska kapustą kimchi, wegańska kiszka ziemniaczana i piklowane warzywa

Bardzo podoba mi się ten koncept. Uwielbiam kaszubskie jedzenie, ale ono mi się kojarzy z bardzo prostym jedzeniem, czyli np. ziemniaki, kawałek schabowego, surówka z kapusty. A to, co dostałyśmy tutaj, powiedziałabym, że jest takim ‘posh’ jedzeniem. Oprócz tego, że jest smaczne, porcje są spore, to jest jeszcze takie piękne, kolorowe.

Wiecie, my musimy zachować pewne elementy tej prezentacji, czyli te kolory muszą być. Jeżeli mówimy o wegańskich rzeczach, to nie wyobrażam sobie, żeby to było, wiecie, jeden ton koloru – to musi być kolorowe, to musi być bajeczne; musi być przaśnie, musi być tego dużo. Dlatego tak właśnie to robimy. Króluje kapusta u nas. Chyba na Kaszubach też kapusta jest bardzo popularna. Tak samo ogórki gruntowe – kiszone, małosolne, pikle, jakiekolwiek. I kiszonki. Wydaje mi się, że Kaszubi mają kulturę kiszenia i robienia słoików. My także staramy się to robić. Może tutaj tego nie widać, ale mamy duże zaplecze, gdzie mamy to wszystko.

Czyli oprocz tego, ze można u Was pysznie zjeść kaszubskie jedzenie w nowej odsłonie, to oprócz tego można ze sobą zabrać słoiczek do domu. Co jest w Waszej ofercie słoików?

Pasztet z kurzej wątróbki robimy. To jest wolno gotowany pasztet nowymi technikami (moja kulinarna wiedza też się tutaj przydaje); my robimy go w niskiej temperaturze, żeby on zachował swoją konsystencję masła, aby był delikatny, taki do smarowania. Dodajemy tam trochę alkoholu, teraz ten który mamy to akurat śliwowica; czuć ta wątróbkę, ale też czuć alkohol, więc to jest bardzo fajne połączenie smakowe. Mamy w ofercie też kiszone warzywa; te, które znaleźliśmy na targu, mamy mieszankę tego wszystkiego; docelowo chcemy to rozdzielić, np. rzodkiewka w maślance, botwinka. Mamy też dwa rodzaje śledzia: w śmietanie z jabłkiem oraz w sosie musztardowym.

Słoiki z kaszubskimi specjałami

O matko! Na pewno się u Was zaopatrzymy (śmiech).

Jestem ciekaw, ile zostało (śmiech). Dwa miesiące wdrażaliśmy te słoiki do karty. Ale w końcu się udało. I trochę pandemia nam pomogła, bo ten czas wolny wykorzystaliśmy na to, aby to w końcu ruszyć. Za każdym razem nie mieliśmy czasu, bo musieliśmy produkować inne rzeczy. Ale udało się. 

Super, gratulujemy! 

Wiecie, u nas jest trochę inaczej niż w innych punktach w Foodhallu. Niektórzy przychodzą do pracy za pięć dwunasta, odpalają stanowiska i są gotowi na przyjęcie klienta. U nas praca zaczyna się o 7, 8 rano (przyp. autora – food hall jest otwarty od godziny 12). Targi, zakupy, przygotowanie świeżych produktów. Mamy dziewczynę, która produkuje od samego rana. Gdybym mógł to przenieść do restauracji, to nie byłoby żadnego problemu. Ja mam gotowy koncept.

Czyli Twój pomysł jest łatwo skalowalny?

Dokładnie tak, i to także to było dla mnie ważnym elementem. Ja to potraktowałem jako kulinarny startup. Mija rok, prawie się tutaj nie mieścimy. Zobaczymy jak po pandemii się sytuacja rozwinie, ale jak się gdzieś zwolni fajny lokal w Gdańsku, to na pewno bym chciał otworzyć kolejny punkt.  

Świetnie! Gratulujemy i trzymamy kciuki!

Mam nadzieję, że wypali. Mamy mnóstwo pomysłów, jak rozbudować Bôłt. Wiecie, wędzarnie; swój alkohol; np. bar z selekcją kaszubskich nalewek z przekąskami, np. smalec, ogórek (w Food Hallu w swoim punkcie nie można sprzedawać alkoholu, do tego służy bar w centrum obiektu – przyp. autora). Dla wielu turystów, którzy tutaj przyjeżdżają, to byłaby super propozycja. Najlepsze jest to, że to nie jest, wiecie, kawior, krewetki, ani langusta z Hiszpanii, ale to są rzeczy, które są lokalne, pyszne, nasze, a do tego cenowo przystępne. To też było dla nas bardzo ważne, żeby robić lokalnie, aby cena oferowanych dań nie była wygórowana.

Siedzimy w Foodhallu, wokół nas pełno zagranicznych smakowo propozycji. Tutaj mamy ramen, krok dalej gruzińską knajpę, obok amerykańskie skrzydełka z kurczaka, pizzę, ale nie ma nic, co promuje polskie, lokalne jedzenie. Niesamowite, że potrafiłeś przemycić tutaj polskie jedzenie, które budzi takie zaciekawienie! Właśnie przechodziła obok nas para, i usłyszałam “O, wow, zobacz, kaszubski street food!”

No, takich reakcji jest mnóstwo. I też dlatego mamy w takim miejscu nasz box. Doskonale zdawałem sobie sprawę z tego podczas wyboru. Wiedziałem, że będziemy musieli mieć zaplecze (mamy tam olbrzymia chłodnie, dwie kuchnie produkcyjne), a z drugiej strony chciałem abyśmy byli blisko przejścia. Zawsze ktoś wchodząc do Food Hallu zwróci na nas uwagę. O jak ci panowie, którzy zaczęli na drugim końcu oglądać boxy, a skończą na naszym. I sobie tak wędrują, i w końcu stają przed naszym punktem. Ja od początku miałem to wszystko przemyślane, zależało mi na tym, żeby ludzie nas zauważyli. Nie z uwagi na wysokie obroty, bo gdybym chciał mieć wysokie obroty, to poszedłbym ze stoiskiem z czymś innym i gdzieś w głąb. A tutaj często ludzie przechodzą, nawet nic nie zamówią, ale zauważają Kaszubski Street Food.

Świetnie, że jest takie miejsce. Kiedy odwiedzają nas znajomi spoza Kaszub, i słyszymy “zabierz nas na lokalne jedzenie”, to często stanowi to taki trochę problem, bo nie wiadomo gdzie pójść, a nie zawsze jest chęć pójścia z młodą ekipą do staropolskiej eleganckiej restauracji. 

Dlatego Food Hall jest świetnym rozwiązaniem. Załóżmy, że macie iść w pięć osób do kaszubskiej knajpy, i trzy osoby nie są przekonane. Ale kiedy idziecie na Food Hall, każdy znajdzie coś dla siebie, bo jest 20 różnych jedzeniowych konceptów. I dlatego też była to kluczowa decyzja, zeby na poczatku otworzyć się tu, a nie przykładowo w restauracji. To daje nam większą możliwość rozpoznawalności. Zresztą po roku działalności mogę powiedzieć, że aż jestem zdziwiony, ale jakaś tam marka już jest.

A macie jakąś pozycję, która jest uwielbiana przez Waszych gości? Coś, co jest najczęściej zamawiane?

Szarpana. Buła z szarpana wołowiną. Ona jest z nami od początku. Kiedy mieliśmy pre-opening tego miejsca – moje sprzęty nie dojechały, wszystkie boxy były praktycznie zaopatrzone w sprzęt, ja nie miałem nic. Mały problem, bo kiedy masz ten pre-opening, to badasz przepustowość swojej kuchni. Cały Food Hall zaprosił około tysiąca osób, które pojawiały się tutaj przez cały tydzień, codziennie. Polegało to na tym, że poprzez sprzedaż swojego jedzenia, badałeś możliwości przepustowe swojego punktu. A ja nie miałem nic (sprzętów). Postawiliśmy dwa stoły cateringowe, wziąłem opiekacz. Trzy dni gotowałem mostek wołowy, poszarpałem go, zrobiłem swój sos na sosie rybnym właśnie, aby do tych ryb nawiązać, wymieszaliśmy to; wziąłem kiszoną kapustę, wziąłem purée z ziemniaków, zblendowałem jako majonez; i to wszystko złożyliśmy w bułę, którą sprzedawaliśmy przez ten tydzień. Pierwszego dnia zaczęliśmy o 19, i o 19.30… nie mieliśmy już nic. Sprzedaliśmy setkę tych bułek w piątek, i zwinęliśmy biznes. W sobotę to samo. Niektórzy siedzieli do północy, mieli duże zapasy. A my zrobiliśmy po sto bułek, i się zwijaliśmy. I sposób, w jaki to zrobiliśmy. Po pierwsze, zaczynaliśmy o 19, a nie jak większość o 18. Po drugie – byliśmy w tym miejscu jak teraz, ale praktycznie bez niczego – taki tam boxik na odludziu, więc to budziło ciekawość ludzi. To było coś innego w porównaniu do wszystkich pootwieranych gotowych punktów. Ludzie podchodzi i pytali “a co tutaj macie, co tutaj Pan robi?”. Miałem tylko wielką tablicę z napisem “Buła z szarpaną”. No i wydaje mi się, że to sprawiło, że ten początek zaintrygował te osoby, które się tutaj przewijały na samym początku. Miałem też takiego chłopaka, który miał “świetne gadane”, zagadywał ludzi, więc zrobiliśmy dookoła siebie jeden wielki szał. Dopiero po dwóch tygodniach od otwarcia się Food Hallu, otworzyliśmy się my. Kiedy już ludzie zapoznali się z innymi punktami, pojawił się Bôłt. No i zaczęli do nas przychodzić do nas ludzie z pre-openingu: “Bo my tutaj jedliśmy u Pana taką dobrą bułkę, macie to jeszcze?”. I tak to się z szarpaną zaczęło, i od początku króluje ta pozycja. Zresztą, teraz podczas pandemii – jesteśmy otwarci od około dwóch tygodni (zniesienie obostrzeń związanych z rozprzestrzenianiem się koronawirusa – przypomn. autora), i na chwilę obecną, przy takim ruchu, jaki tutaj widzicie, sprzedaliśmy już około setki tych bułek z szarpaną wołowiną, a to już jest jakiś wynik.

To następnym razem jak Was odwiedzimy, to wiemy, co zamówić – buła z szarpaną!

Ona jest lekko ostra, jest ta kwaśna kapusta, jest tam ogórek, jest to purée z musztardą, jest na wypiekana przez nas bułka. 

Odwiedzając Bołta, popytajcie również o kompoty!

Czyli to jest Wasz produkt flagowy. 

Tak, to jest nasz sztandar, że tak powiem. Ale też bardzo dużym zainteresowaniem ostatnio cieszą się szproty. Są też takie dni, kiedy buła z dorszem wypiera szarpaną. 

Rzadko się chyba widzi ryby w takich miejscach typu Food Hall. 

Bo ryby to jest też ciężki temat, ludzie nie jedzą ryb. To też było dla nas troszeczkę wyzwaniem, jak to zrobić. Dlatego mamy też w ofercie kurczaka i wołowinę, ale zawsze staramy się przemycić ten morski element, np. poprzez sos rybny. Bo też chcemy się utrzymać, a nie wiem, czy gdybyśmy podeszli do tego tematu oferując tylko ryby, budzilibyśmy takie zainteresowanie, jak teraz. Chociaż nie wiem, różnie bywa, może? Z naszych klientów około 1 na 5 osób przychodzi na stricte samą rybę. 

Chyba nie ma tutaj punktu, gdzie zjemy rybę, co?

Ostatnio zamknęła się knajpa, która robiła polskie jedzenie. Jesteśmy jedynym tutaj miejscem z polskim jedzeniem, i jedynym, który oferuje ryby. 

Bardzo dziękujemy za rozmowę! A naszych czytelników zapraszamy do odwiedzania Bôłt – Street Food Kaszëbë.

Dodaj komentarz